Nierówności dochodowe Polaków

Szok zaaplikowany gospodarce po upadku poprzedniej formacji politycznej, spowodował eksplozję zróżnicowania wynagrodzeń. A potem wcale nie było lepiej – informuje Forsal.pl.

 

O nierównościach dochodowych w Polsce nie wiemy zbyt wiele. Teoretycznie liczy je GUS – ale robi to na podstawie ankiet, a te nie są reprezentatywne. Ostrzejszy obraz dałoby badanie na podstawie danych podatkowych – ale takich w kraju nad Wisłą praktycznie jeszcze nie ma. A skoro nie wiadomo do końca, jakie te nierówności są, to trudno stwierdzić jednoznacznie, czy się zwiększają, czy maleją.

 

Kilka rzeczy o nich można jednak powiedzieć na pewno. Na przykład skąd się wzięły. Punktem zwrotnym był 1989 r. i przejście od gospodarki centralnie planowanej do rynkowej. Jednak dziś większe znaczenie dla rozwarcia nożyc ma koślawy system podatkowy i słabość instytucjonalna państwa – stwierdza portal.

 

Z ich badań wynikało, że wypchnięcie pracowników z państwowych firm do prywatnych odpowiada za zaledwie 39 proc. wzrostu nierówności. Reszta to właśnie silne różnicowanie płac niezależnie od formy własności. Głównie dlatego, że koszty pracy i jej jakość stały się narzędziem walki konkurencyjnej. Dużą rolę zaczęła odgrywać tzw. premia edukacyjna. To miara, która pokazuje, o ile wyższa jest pensja osoby np. z wyższym wykształceniem od średniej płacy. Keane i Prasad wyliczyli, że między 1988 a 1996 r. premia edukacyjna wyraźnie wzrosła i bez znaczenia była forma własności firmy. W sektorze państwowym premia wynosiła 50 proc., a w prywatnym nawet 100 proc. Jedną z ich obserwacji było to, że premia edukacyjna miała większe znaczenie niż doświadczenie zawodowe – co w naturalny sposób premiowało młodych zdolnych. Pracodawcy wychodzili z założenia, że pracownik z długoletnim stażem, którego większość przypadała na czasy socjalizmu, nie jest na tyle cennym aktywem, by płacić mu więcej. A to dlatego, że jego doświadczenie jest mało przydatne w gospodarce rynkowej.

 

– Wykształcenie i jego jakość miały wtedy duże znaczenie. Branże, które importowały technologie z Zachodu, potrzebowały specjalistów, tam premia edukacyjna w połączeniu z dużym popytem na pracę działały najsilniej na kształtowanie się dochodów. Wtedy premia była nawet wyższa niż w krajach zachodnich – mówi Michał Brzeziński, ekonomista Uniwersytetu Warszawskiego, zajmujący się problemem nierówności.

 

Premia edukacyjna działa do dziś, choć może nie jest już tak istotnym czynnikiem zwiększającym nierówności dochodowe, jak na początku transformacji. Według danych GUS z 2015 r. (najnowsze dostępne) miesięczne przychody osoby z wyższym wykształceniem były o niemal połowę większe od średniego wynagrodzenia – podaje portal.

 

Innym powodem narastania nierówności w dochodach może być nasz system podatków od dochodu. Po wprowadzeniu PIT w pierwszej połowie lat 90. system stopniowo ewoluował do postaci, jaką mamy dzisiaj – czyli niemal liniowego. Stawki PIT, co prawda, mamy dwie, ale na tę wyższą, 32-procentową łapie się zaledwie 3 proc. podatników.

 

Ale to jeszcze nie jest decydujące. Gorzej, że w systemie jest wyrwa w postaci 19-procentowego liniowego PIT dla działalności gospodarczej. Na wprowadzenie tego rozwiązania zdecydowano się w 2004 r. Dochody grupy podatników, którzy rozliczają się w ten sposób, nieprzerwanie rosną. Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że liniowcy to ludzie stosunkowo zamożni. W 2015 r. stanowili ok. 2 proc. ogółu podatników składających formularze PIT. Ale ich dochód przed opodatkowaniem i odliczeniem składek wynosił niemal 13 proc. całego dochodu z pracy i działalności gospodarczej wykazanego w zeznaniach podatkowych. Na zamożność liniowców wskazują inne wyliczenia – np. podawanych przez firmę doradczą KPMG w swoim dorocznym raporcie o rynku dóbr luksusowych. Z danych tych wynika, że osób uzyskujących roczny dochód powyżej 85,5 tys. zł (co normalnie wrzucałoby ich w wyższy próg podatkowy, gdyby rozliczali się według skali) w 2015 r. było 277 tys. A to nieco ponad połowa wszystkich liniowców. Tymczasem w grupie tych, którzy płacą według skali, bogatych jest 710 tys. – co stanowi 3 proc. ogółu.

 

Sam odsetek dużych, zamożnych podatników wśród liniowców jeszcze niczego nie dowodzi. Ale porównanie, jak zmieniały się proporcje uzyskiwanego przez nich dochodu w porównaniu do dochodów bogatych skalowców, może być mocną poszlaką. Z tego samego zestawienia KPMG wynika, że udział zamożnych podatników, którzy wolą 19-procentowy liniowy PIT, w całej grupie zamożnych spadł z 40 proc. w 2008 r. do 28 proc. w 2015 r. Udział wypracowanych przez nich dochodów w tym, co zarobili wszyscy bogaci PIT-owcy, również spadł – ale nieproporcjonalnie mniej. O ile w 2008 r. stanowił około 62 proc., o tyle w 2015 r. było to 51 proc. Można to zresztą policzyć jeszcze inaczej. W ciągu ośmiu lat przeciętny dochód bogatego linowca wzrósł o 18 proc. Zamożny podatnik rozliczający się z fiskusem według skali zwiększył je średnio w tym czasie o 5,6 proc. – podaje portal

 

Takie zestawienie może oznaczać dwie rzeczy. Pierwsza, na liniowy PIT uciekają dobrze opłacani specjaliści, którzy, pracując na umowach o pracę, musieliby płacić 32-procentowy podatek. Zachęt, aby się samozatrudnić, mają więcej, np. ryczałtowe składki ZUS. Przy dochodzie rzędu 25 tys. zł miesięcznie (a najbogatsi liniowcy taki średni dochód brutto uzyskiwali w 2015 r.) wynoszą ich one około 1200 zł – czyli niecałe 5 proc. tego dochodu. A to dużo mniej niż ponad 19 proc., jakie musi zapłacić etatowiec. To sprawia, że system staje się wręcz regresywny, bo wraz ze zwiększaniem się zarobków procentowe obciążenie podatkiem i składką (policzonymi łącznie) maleje.

 

Drugie wytłumaczenie: ci, którzy rozliczają się według liniowego PIT, to prawdziwi przedsiębiorcy. Ich dochód rzeczywiście wynika z działalności gospodarczej. A to może oznaczać, że na kapitale można zarobić więcej niż na dochodach z pracy. I to on, jak w przypadku krajów rozwiniętych, ma obecnie decydujące znaczenie dla kształtowania się nierówności dochodowych – stwierdza Forsal.pl.

 

W 2014 r. w Polsce różnica między średnią stawką za godzinę pracy najmniej zarabiających w porównaniu do stawki zarabiających najwięcej była największa w Europie. To dane z badań Eurostatu. Jedna dziesiąta tych z największymi zarobkami dostawała średnio dwa razy większe wypłaty od najmniej uposażonych. Stosunek płac najwyższych do najniższych wynosił u nas 4,7. Dla porównania, w Szwecji, w której rozstrzał godzinowych stawek był najniższy w Unii, wskaźnik ten wyniósł 2,1.

 

Skąd się to mogło wziąć? Pierwszy trop to płaca minimalna. W Polsce rosła bardzo powoli. Mówiąc inaczej – państwo niespecjalnie próbowało niwelować nierówności w dochodach poprzez działania administracyjne. W 2000 r. najniższa dopuszczalna prawem pensja wynosiła ok. 34 proc. średniego wynagrodzenia w przedsiębiorstwach. I wokół tego poziomu wielkość minimum oscylowała przez kolejne siedem lat. W 2007 r., gdy gospodarka pędziła nakręcana pieniędzmi z Unii Europejskiej, a na rynku pracy widoczne były pierwsze skutki masowej emigracji zarobkowej, wynagrodzenie minimalne stanowiło ledwie 32 proc. tego, co średnio swoim pracownikom płaciły firmy. Relacja płacy minimalnej do średniej pensji zaczęła rosnąć dopiero w ostatnich latach. W ubiegłym roku wynosiła ona już ponad 43 proc.

 

Drugi trop to bardzo duża popularność elastycznych form zatrudnienia, czyli tzw. śmieciówek. Początkowo był to sposób na uchronienie się przed skutkami kryzysu finansowego – pracodawcom dano do ręki narzędzie, dzięki któremu mogli zmniejszyć koszty pracy. Po to, by mimo pogarszającej się sytuacji na rynku nie musieli zwalniać. Ale stopniowo przerodziło się to w patologię. Według danych GUS za 2015 r. liczba osób prowadzących działalność gospodarczą, które nie zatrudniały innych pracowników (w domyśle – samozatrudniły się), wynosiła 1,1 mln. Kolejne 1,3 mln pracowało na umowie-zleceniu lub o dzieło i nie miało żadnych innych dochodów – informuje portal.

 

Szkodliwe z punktu widzenia nierówności w płacach było nie tyle samo istnienie śmieciówek, co ich instytucjonalne upośledzenie względem typowych form zatrudnienia. Aż do 2016 r. umowy-zlecenia czy samozatrudnienie (umowy cywilnoprawne) nie podlegały reżimowi płacy minimalnej. Jeszcze w 2015 r. prawie 1,4 mln osób zatrudnionych w gospodarce narodowej otrzymywało wynagrodzenie brutto nieprzekraczające obowiązującego wówczas minimalnego wynagrodzenia. Było to ok. 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę.

 

Dopiero od stycznia ubiegłego roku zatrudnieni na tego typu umowach mają prawo do minimalnej stawki godzinowej. Druga przyczyna: pracownicy na tego typu kontraktach przez długi czas nie mieli ochrony związków zawodowych. Dopiero w 2015 r. Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodną z konstytucją zasadę, że ochrona związkowa należy się tylko etatowcom – stwierdza Forsal.pl.

 

Duże dysproporcje mogą wynikać też z innych przyczyn – np. geograficznych. To dość dobrze zbadany problem. Wystarczy rzucić okiem na produkt krajowy brutto w ujęciu regionalnym. Wartość PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca województwa lubelskiego wynosiła w 2015 r. 32 063 zł, co stanowiło zaledwie 68,6 proc. przeciętnej dla kraju. Dla porównania na Mazowszu PKB na osobę wyniósł 74 550 zł – 160 proc. średniej krajowej. Podobnie kształtują się płace. Najwięcej zarabia się w Mazowieckiem. Płace w firmach wynosiły tam w marcu tego roku średnio 5600 zł. Na drugim biegunie znajduje się województwo warmińsko-mazurskie z płacą na poziomie 3629 zł. Skąd te różnice? O poziomie wynagrodzeń decyduje konkurencja, a jest ona tym większa, im więcej przedsiębiorców na danym obszarze. Warmia i Lubelszyczyzna to regiony mało uprzemysłowione, ze stosunkowo wysokim bezrobociem. Presja płacowa w tych województwach nie jest na tyle silna, żeby podciągnąć dochody mieszkańców – podaje Forsal.pl.

 

Rozwarstwiające się dochody stanowią problem – i przedmiot prac badawczych – nie tylko nad Wisłą. Największe rozwarcie nożyc panuje po drugiej stronie Atlantyku, gdzie uposażenia najsłabiej zarabiających Amerykanów nie drgnęły od ponad trzech dekad. Do tego dochodzi gwałtowny wzrost zarobków na przeciwnym końcu skali – o ile prezesi firm mogli w latach 60. liczyć na 20- lub 30-krotność przeciętnego wynagrodzenia, o tyle w poprzedniej dekadzie było to już 200- lub 300-krotność (wartość ta wahała się znacznie pod koniec dekady z powodu światowego kryzysu finansowego). Oczywiście prezesi nie są reprezentatywni dla całej gospodarki, ale razem z nimi – chociaż w innym tempie – przeciętniakom zaczęła uciekać reszta gospodarki. W efekcie widełki płac się rozjechały, co obecnie zrodziło w USA poważny problem tzw. ubogich pracujących (working poor), czyli osób, które chociaż podejmują zatrudnienie w pełnym wymiarze godzin, to nie są w stanie godnie żyć – stwierdza portal.

 

Ekonomiści na świecie zidentyfikowali kilka powodów narastania nierówności w dochodach, które są podobne do tych występujących w Polsce (oczywiście poza dopalaczem, jakim była transformacyjna terapia szokowa): rewolucja technologiczna (komputeryzacja), przyczyny instytucjonalne (wysokość minimalnego wynagrodzenia czy siła związków zawodowych) oraz globalizacja/handel międzynarodowy/przenoszenie miejsc pracy. Czynniki te wzajemnie się nie wykluczają; nierówności w dochodach spowodowało jednoczesne zadziałanie ich wszystkich.

 

Mechanizm powstawania nierówności działa tutaj dwutorowo. Pracownicy, którzy w codziennych obowiązkach wspomagają się nowoczesnymi urządzeniami, są bardziej produktywni, a więc są w stanie więcej zrobić w krótszym czasie. To oczywiście wpływa na ich dochody, zgodnie z intuicyjną zasadą, że jak się więcej (niekoniecznie dłużej) pracuje, to się więcej zarabia. Jednocześnie wraz z informatycznym boomem nie przybyło wystarczająco dużo specjalistów potrafiących obsługiwać te urządzenia. Nie mówimy tutaj tylko o obsłudze pakietu biurowego, chociaż w początkowej fazie komputeryzacji problemy z nabyciem nowych umiejętności z pewnością stanowiły znaczący czynnik dla ścieżek zawodowych niektórych pracowników. Chodzi tutaj przede wszystkim o ludzi obsługujących i serwisujących infrastrukturę IT, programistów i inżynierów pracujących przy konstrukcji urządzeń elektronicznych. Niedobór specjalistów spowodował, że pracodawcy byli skłonni płacić im znacznie więcej, wzmacniając w ten sposób efekt premii edukacyjnej.

 

Tali Kristal z Uniwersytetu w Hajfie oraz Yinon Cohen z Uniwersytetu Columbi, w styczniu tego roku w wydawanym przez Oxford University Press periodyku „Socio-Economic Review” badacze opublikowali artykuł, którego cel badawczy można streścić w słowach: OK, za nierówności w dochodach odpowiadają zmiany technologiczne i instytucjonalne. Ale które są ważniejsze? Odpowiedź ekonomistki i socjologa brzmi: instytucje.

 

Nierówności w dochodach są więc efektem dwóch nakładających się na siebie trendów. Z jednej strony, zarobki podnosi technologiczna rewolucja i związana z nią premia za rzadkie umiejętności; z drugiej, wzrost uniemożliwia słabość instytucjonalna – niechęć do podnoszenia płacy minimalnej czy niewielka siła negocjacyjna pracowników sektora prywatnego. Łącznie te dwa efekty powodują rozjeżdżanie się zarobków w gospodarce – stwierdzono w artykule.

 

Oczywiście, nie wszyscy ekonomiści się z tym zgodzą. Część z nich jest zdania, że do problemu nierówności podchodzi się w niewłaściwy sposób, a powinno nas interesować nie to, ile ludzie zarabiają, ale to, jak faktycznie wyglądają ich dochody na przestrzeni roku. Pensja bowiem nie jest jedynym dochodem, jaki otrzymują obywatele; do tego dochodzą również wpływy z systemu zabezpieczenia społecznego (zasiłki czy – jak w przypadku 70 mln Amerykanów – bony żywnościowe), a także ulgi podatkowe. Nawet jeśli nie mamy danych pieniędzy w kieszeni, bo odprowadziliśmy podatek, to przecież fiskus nam je zwraca po rozliczeniu rocznym. W wielkim skrócie, nawet jeśli ludzie zarabiają niewiele, to realny poziom ich dochodów zwiększa redystrybucja i ją także trzeba brać pod uwagę – czytamy w artykule.

 

Dlaczego powinniśmy martwić się nierównościami? Przede wszystkim dlatego, że są szkodliwe dla gospodarki, ponieważ obniżają popyt konsumencki. Osoba zamożna nie potrzebuje więcej jedzenia niż osoba uboga, ale przeznaczy na nie inne kwoty; jeśli dochody rozkładają się w społeczeństwie w bardziej równy sposób, więcej osób jest w stanie sięgnąć po produktu luksusowe lub stołować się na mieście. Tymczasem koncentracja bogactwa obniża zapotrzebowanie na produkty i usługi, bo ilu samochodów potrzebują bogaci? – konstatuje Forsal.pl (jmk)

 

Źródło i czytaj więcej: Forsal.pl

Oceń artykuł:
zobacz ranking »
53%
47%
Autor
Zaloguj się i komentuj pod swoim nickiem, jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się
Treść
Obrazek
Podaj kod
 
Copyright © ForumBiznesu.pl 2012-2017 - Design & Engine - portale internetowe - FineCMS.pl
Korzystanie z witryny forumbiznesu.pl oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie, z których niektóre mogą być już zapisane w folderze przeglądarki. Więcej informacji można znaleźć w Polityce plików cookies.